Zima do nas przyszła. Najpierw nieśmiało zmroziła trawę, następnie przyprószyła śniegiem krzaczory, a wczoraj wieczorem przeprowadziła pierwszy próbny atak (tak jakoś mi militarnie wyszło). Dzisiaj rano bielutko, ciuchutko, cudnie. Uwielbiam w zimie tę śnieżną ciszę. Atmosferę snu i oczekiwania na wiosnę.
Za to nie lubię zimy w mieście. W dzień, chcę uściślić. Ludzie pędzą gdzieś, wiecznie podirytowani niszczejącym obuwiem, zimnem, tłokiem, hałasem. Brrr… Do tego nasilające się kłopoty z transportem, zamarzające samochody, skrobanie szyb, śliska droga, jeszcze dłuższe korki.
A jeśli chodzi o lekcje z Sylwią...
Wczoraj miałam dużo szczęścia, albo trochę pecha. Najpierw przy włażeniu na Margot udało mi się zjechać z siodłem, malowniczo przy tym spadając na rozmontowane przeszkody. Niestety świadkiem mojej kompromitacji była jeszcze poza Sylwią, Sława. I nie usprawiedliwiają mnie za ciasne zimowe gatki, które w dużym stopniu ograniczyły zakres ruchu moich nóg. Ba, jeszcze mnie pogrążają bardziej bo świadczą nie dość, że o marnej kondycji to jeszcze znacznej nadwadze :(
Potem Margot, wczoraj znajdująca się na swojej osobistej koniożernej planecie, zafundowała mi jazdę na zestresowanego pasażera. Ale plus taki, że doświadczyłam jak to jest jechać łopatkę do wewnątrz, łopatkę do zewnątrz, trawers i renwers.
A ponieważ w tzw. międzyczasie przyszła zima, więc podróż powrotna autem na mało zimowych oponach dostarczyła nam niezapomnianych przeżyć i wiele atrakcji.
Kosmetyki, włosy, bieganie (aktualnie mniej), konie (znów więcej) zdrowe jedzenie oraz inne ważne i mniej ważne babskie sprawy... To wszystko pisane ręką nieuporządkowanej białogłowy nieco nadgryzionej zębem czasu.
niedziela, 28 listopada 2010
poniedziałek, 22 listopada 2010
Jak uszczęśliwić dziadków
Wybraliśmy się do Wrocka. Na przedłużony listopadowy weekend. W sobotę powoli zbieraliśmy się do powrotu, a tu trrrach! Babcia I. złamała rękę. W związku z tym w ramach supportu zostałam z Bu jeszcze tydzień. A Bu jak to Bu, jak się ogarnął na nowym miejscu, to zaczął robić totalną demolkę. Po tygodniu, szczęśliwi dziadkowie, z ledwie skrywaną ulgą nas pożegnali.
I oto mamy prosty przepis, jak uszczęśliwić dziadków.
1. Przyjechać
2. Zostać trochę dłużej
3. Wreszcie wyjechać
Sam Bu szczęśliwy, spsiał radośnie.

Badał smak karmy, mymłał kota i spacerował w stadzie. A ja szczęśliwa, bo miałam możliwość pod okiem mojej osobistej mamy, uszyć pad i pokrowiec na siodło.

A treraz z niecierpliwością czekam na lekcje jazdy.
I oto mamy prosty przepis, jak uszczęśliwić dziadków.
1. Przyjechać
2. Zostać trochę dłużej
3. Wreszcie wyjechać
Sam Bu szczęśliwy, spsiał radośnie.

Badał smak karmy, mymłał kota i spacerował w stadzie. A ja szczęśliwa, bo miałam możliwość pod okiem mojej osobistej mamy, uszyć pad i pokrowiec na siodło.
A treraz z niecierpliwością czekam na lekcje jazdy.
wtorek, 2 listopada 2010
Nieniak wołomiński
Subskrybuj:
Posty (Atom)